sobota, 29 września 2012

Parę słów (i ruchomych obrazków) po Baltic Games

Od Balticów minęło już sporo, ale z uwagi na świeżo złożony podcastowy bonus (który podobnie jak pełen piąty odcinek Bmx Podcast Video macie na dole tego przydługiego tekstu) pozwolę sobie na pewnego rodzaju podsumowanie.
Do Trójmiasta pojechałem razem z Cyrylem i Witkiem w czwartek, czyli w pierwszy dzień imprezy. Przez wspaniały plan dojechania na miejsce o jakieś marne 10 zł taniej niż bezpośrednim ekspresem, utknęliśmy w Olsztynie gdzie mieliśmy przesiadkę. Sam za tym planem obstawiałem, więc tym bardziej poirytowany siedziałem na skąpanym słońcem peronie wyczekując pociągu który zabierze nas do Gdańska. Peronie na stacji widmo wypadałoby dodać, bo poza panią w małym sklepiku nie było tam nikogo z obsługi. Dlatego też bez obaw o sokistów Witek naznaczył kołami dworcowe budynki a Cyryl sprawdził wytrzymałość krawędzi peronu grindami. Mimo godzinnego opóźnienia byliśmy jednak na czas bo organizatorzy imprezy poszli nam na rękę fundując wszystkim jeszcze większą obsuwę. Pierwszego dnia nie było zbyt wielu ludzi ale to zrozumiałe. Mieliśmy w końcu czwartek a w planach były jedynie kwalifikacje oraz trening zaproszonych zawodników gdzieś pod wieczór. Mimo to skatepark przed Ergo Areną, stoiska proletaryatu, allday, dartbmx (nie mylić z dartmoorem!) i innych, wielka poducha w którą można było cisnąć flipy, trampbike od ave i inne atrakcje już wtedy cieszyły się całkiem niezłym zainteresowaniem. To pewnie byłoby większe gdyby nie padający co jakiś czas deszcz, ale na szczęście kolejne dni były już słoneczne. Wróćmy jednak do zawodów i pierwszej rzeczy przez którą poczułem się zawiedziony: nigdzie nie było rozpiski kto i w jakiej kolejności startuje w kwalifikacjach. Tzn. ok, rozpiskę taką mieli Jamaj z Catfishem (tak jest, z tym Catfishem!) oraz czwórka sędziów (Łowka, krakowski Maciek freecoasterowiec, Maniek z Pzn i Suszczen jakby to kogoś interesowało). Czy raczej dwie rozpiski, bo ponoć były tam pewne rozbieżności. Trochę słabo to wygląda kiedy porównamy Baltic Games do Simple Session gdzie już na kilka dni przed imprezą można sobie takie rzeczy spokojnie sprawdzić w necie. Dlaczego odnoszę się do SS? Bo odwoływanie się do jakichkolwiek innych zawodów organizowanych nad Wisłą chyba nie ma tak naprawdę sensu. Przyznam, że były to moje pierwsze Baltici więc nie wiem jak było w poprzednich latach. Wiem jednak, że w tym roku miało już być konkretnie, z pompą, "światowo" (a przynajmniej "europejsko"). To dlatego po raz pierwszy BG miało miejsce w hali, park był większy, bilety kosztowały więcej (ja akurat wlazłem za free, więc nie będę się wypowiadał czy cena była adekwatna czy też nie), na majku szalał Catfish a wszystko to wspierał monster energy który przywiózł ze sobą takie persony jak Greg Illingworth (RPA), Kevin Peraza (USA) czy przede wszystkim wabik na wszystkie emo hipsterskie gówniary - Harry Main (UK). Pozostałe nazwiska też robiły wrażenie: Drew Bezanson (CAN), Daniel Dhers (VEN), Brian Kachinsky (USA), kilku prosów z Anglii, że o tych z Czech, Słowacji, Niemiec albo z krajów na wschód od Polski nie wspomnę (a i jakiś rodzynek z Meksyku jak Daniel Sanchez też się trafił). Dlatego oczekiwania przed imprezą były spore. Jasne, Simple Session ma dłuższą tradycję a nazwiska które pojawiły się wyżej to na nim standard. Jednak chyba o to chodzi aby równać do najlepszych? Dlatego brak informacji o startujących (nie licząc tych zaproszonych, chociaż dokopać się do tego też nie było tak łatwym zadaniem) uważam za poważny minus. Podobnie jak brak transmisji z pierwszego i drugiego dnia BG. Eliminacje pokazały ponadto, że podział zawodników na "zaproszonych" i resztę też był nie do końca przemyślany. Pewnie oglądając ostatni video podcast myśleliście sobie, że Suszczen słodził trochę swojemu team riderowi, że przesadzał. Ja mimo swojej całej awersji do darta (który nie jest dartmoorem, zapamiętajcie to sobie!) podpisuję się pod tymi słowami w stu procentach. Tak, "koleś zniszczył". Kwalifikacji całych nie oglądałem, raczej snułem się po obiekcie zmęczony podróżą. Przejazdy Vikorsa Kronbergsa miałem jednak okazję oglądać w całości i zwłaszcza jeden z nich (już nie pamiętam czy pierwszy czy drugi) to prawdziwa kosa za kosą. Ogromny front na największym jump boxie, flairwhip, 720, backflip double whip - wszystko czyściutkie, jedno po drugim i na mega wysokości. W finale już nie poszło tak dobrze (nerwy, zmęczenie, "sopockie powietrze" o którym wspominał Cyryl w rozmowie z Pirobojem?), ale po kolei. Wszakże był jeszcze dzień drugi, czyli półfinały i kolejna organizacyjna wpadka. Okazało się, że pierwszego dnia nie wszyscy zapisani do zawodów zostali wyczytani a ponieważ głupio byłoby ich wydymać w ten sposób (80 zeta wpisowego piechotą nie chodzi) automatycznie dostali się do półfinału. "Szczęśliwcami" o ile mnie pamięć nie myli byli Cisek i jeszcze dwóch czy trzech innych riderów. "Szczęśliwcami" bo nikt nie przekreślał ich szans na to aby dostali się do półfinału w bardziej tradycyjny sposób a teoretycznie stracili przez to jeden przejazd - dodatkowa minuta sławy też ma swoją scenę. A właśnie: piszę i piszę, a nie wspomniałem ani słowem o tym jaką formę miały same przejazdy. Była to pewnego rodzaju hybryda klasycznego startu w stylu "masz tyle a tyle czasu, jeździj aż się skończy" a modnej od jakiegoś czasu bardziej "jamowej" formy. Innymi słowy 2 przejazdy chyba po minucie każdy, ale zawodnicy byli podzieleni na czteroosobowe grupy (dzięki czemu krócej czekali między pierwszym a drugim wyjazdem na park). I o ile do samej formy ciężko się przyczepić to odmierzanie czasu pozostawiało wiele do życzenia... Ja wiem, że tak jest zawsze. Sam pamiętam jak zgrywałem z kamery przejazdy z Jutrzenka Comeback (do obejrzenia gdzieś w czeluściach youtuba) i ten Wróbla miał 4 minuty a kogoś innego dwie (z czego oczywiście u Wróbla te dwie to czajenie się do jakiegoś killera na koniec, więc można to przeboleć). Wiem, że model odmierzania czasu rodem z Cicle of Balance (całość do obejrzenia tutaj - polecam!) byłby ciężki do wcielenia na zawodach z tak dużą liczbą uczestników, a park to nie flatland. Wiem też, że z powodu obsuwy czasowej trzeba było się streszczać. Tylko dlaczego niektórzy ze startujących nie dostali nawet obiecywanego im minimum? Dobrze, dość tego narzekania bo wyjdzie na to, że impreza była kompletną klapą. A nie była. Poziom drugiego dnia był jeszcze wyższy niż pierwszego. Z konkretnych sztuczek/przejazdów warto pochwalić Piro który zaliczył między innymi czyściutką hard 360 z fifti pod górę. Ten (i parę innych równie sympatycznych trików) sprawiły, że jako jedyny (!) "czysty" streetowiec awansował do finału. Oprócz niego z Polaków dostali się jeszcze Skejcik, Leszczu i Szamanek. Na pochwałę zasługuje też moim zdaniem skatepark. Większy niż w poprzednich latach z całkiem dobrze zachowanymi proporcjami pomiędzy częścią streetową a tą do latania na jumpboxach/quarterach. Witek z tego co pamiętam narzekał w którymś podcaście na brak klasycznej mini rampy. Ja dodałbym trochę za prosty układ który sprawiał, że park nie dawał takich transferowych możliwości jak choćby ten z tegorocznego simpla. Prosi narzekali też trochę na duży jumpbox ale ostatecznie został przesunięty i chyba wszyscy byli w miarę zadowoleni. Reasumując był to jednak całkiem spoko, typowo contestowy park i mimo, że nie byliśmy świadkami żadnych "first time'ów" to przejazdy zwłaszcza w finale były przyjemne dla oka. No to teraz znowu trochę ponarzekam. Dzień trzeci i ostatni to już znacznie więcej ludzi i znacznie zaostrzona praca ochrony. O ile pierwszego dnia na teren przed Ergo (stoiska, ogólnodostępny skatepark) wszedłem przez nikogo nie zatrzymywany, tak trzeciego nie wpuszczali już nikogo bez specjalnej opaski. A tych było kilka rodzajów: vipowskie, nie-vipowskie, dla sędziów, zawodników, jednodniowe papierowe... My mieliśmy do dyspozycji jedną vipowską (dla mnie abym mógł łazić z kamerą po parku i wejść na platformę) i dwie zwykłe. Oczywiście człowiek-survival czyli Witek zaraz załatwił sobie jakąś lewą vipowską. Oprócz tego znalazł pedały w koszu na śmieci (całkiem sprawne), wyczarował skądś lekko przyschnięte resztki pizzy (nie narzekam, też zjadłem), wprowadził nas na stołówkę dla pro (darmowe żarcie i piwo!), znalazł gustowny płaszcz wracając z aftera i przemycił na Ergo tony jedzenia i picia (jeszcze zanim odkryliśmy to za friko). Cyryl nie był tak obrotny i trzeciego dnia ze zwykłą opaską ochroniarz nie chciał go wpuścić do press-roomu. Oczywiście bardzo miła pani ogarniająca to wszystko szybko rozwiązała sprawę dając mu jakaś dodatkową papierową opaskę, ale czy tak trudno było zrobić osobny kolor dla mediów? Może się czepiam, może to na co narzekam to szczegóły, ale te szczegóły często stanowią różnicę. Wracając do zawodów finał odbył się już chyba bez większych opóźnień a z ciekawszych akcji można wspomnieć truck driver drop z największego quartera Bezansona, transfer poza skatepark Illingwortha, wysoką dekadę na quarterze Perazy, potrójnego tailwhipa Daniela Tünte (GER), triple trucka Jacka Clarcka (UK) czy 360 whipa do late 360 Dhersa. O flarze drop in Maina już nawet nie piszę bo pewnie wybudzony w środku nocy zrobiłby ją perfekcyjnie, więc chociaż widziałem ten trik po raz pierwszy w życiu (w sensie, że na żywo) to mam świadomość, że dla wykonującego była to drobnostka. Z Polaków najlepiej wypadł Skejcik (min. flair barspin) i zgarnął za to osobną nagrodę. Widzę tutaj ukłon w stronę Simple Session i to bardzo dobry ukłon, bo impreza poza pokazaniem polakom zagranicznych prosów wspiera też w jakiś sposób lokalną scenę i mobilizuje rodzimych riderów do tego aby zaprezentowali się z jak najlepszej strony. Dziwi mnie tylko kolejność startujących w finale bo o ile dobrze pamiętam nie miała wiele wspólnego z tym jakie miejsca zajęli zawodnicy w półfinale. Dzięki temu uzyskaliśmy "polską czwórkę" ale czy było to konieczne? Zawody wygrał Drew, drugi był Main a trzeci Dhers. Sędziowanie było chyba spoko bo nie słyszałem jakiś większych zarzutów co do wyników. Oczywiście zawsze są jakieś różnice zdań ale porównując to z krzykiem jaki towarzyszył niektórym imprezom z przeszłości śmiem twierdzić, że tym razem było nad wyraz spokojnie. Na koniec był oczywiście best-trick i kolejna rzecz do której się przyczepię. Nie będzie to jednak przytyk w stronę organizatorów bo wynikało to po prostu z powielania wzorców z innych, o wiele większych zawodów (i nie mam tu na myśli jedynie SS). Po pierwsze best-trick na dobrą sprawę nie jest już best-trickiem. Powinno to się nazywać raczej best-tricks bo nagradzana jest nie jedna sztuczka a kilka tych najlepszych. I o to pretensji nie mam, bo czasem nawet trudno wybrać coś co jest najlepsze. Z drugiej strony można było chociaż podjąć próbę... Druga sprawa to forma, czyli klasyczny jam-chaos. Wszyscy jeżdżą na raz, wpadają na siebie, przeszkadzają sobie i chociaż ograniczają się tylko do części parku to nie sposób wszystkiego ogarnąć i łatwo coś przeoczyć (tyczy się to także komentujących-oceniających, chociaż tym razem chyba nic większego nie uszło ich uwadze - gratsy Catfish & Jamaj!). Ja zaobserwowałem między innymi dekadę Perazy najpierw w górę a potem w dół banku, próby 180 do backward ice do tooth bonka Kachinskyego (nie wiem czy w końcu siadło), Sępa z whiplashem z sekcji streetowej na płaskie, Piro z fifti do over 180... Nie widziałem za to tricków Ząbiego (rodeo, condor na murku w dół i coś jeszcze) który chwalił mi się, że zgarnął więcej kasy niż Brian. Potem przenieśliśmy się na mniejszego jumpboxa (taki trochę step-up bym powiedział) gdzie nie było już problemu z wpadaniem na siebie no ale właśnie... Czy takie ścisłe wytyczne na czym ma się odbyć best-trick są aby na pewno dobre? Ok, unikamy w ten sposób decydowania co lepsze: kombo grindów czy jakaś sieka w powietrzu. Przy jam session łatwiej też ogarnąć co się dzieje na parku. Z drugiej strony zabija się wszystkie chore próby transferów, dropów itp. Wróćmy jednak na jumpbox gdzie mogliśmy między innymi podziwiać podwójnego backflipa (no, lekko podpartego ale Catfish dał hajsy więc wychodzi na to, że zaliczony) a także efektowne gleby przy decade to late 360 Perazy (+ skoszenie lampy bodajże Urosa z Ave) czy frontflip tailwhip Kronbergsa. I tyle. Oczywiście można napisać jeszcze sporo o samej imprezie (a jeszcze więcej o afterach na sopockim molo, ale zostawię to jako KMWTW i PDK) jednak nie będę was zanudzał. Impreza była jak to zauważył Witek bardzo komercyjna. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy, jednak pomimo tych drugich fajnie, że coś takiego odbyło się w Polsce. Wbrew temu co czytałem później u niektórych na fejsie nie zauważyłem jakiejś poważnej wtopy jeżeli chodzi o frekwencję. Może na streamingu było widać trochę pustych miejsc, ale ludzi przewinęło się przez te 3 dni naprawdę sporo. I były to zarówno rodziny z dziećmi jak i osoby jak najbardziej z "klimatów". Części z nich nie widziałem już baaardzo dawno i naprawdę cieszę się, że na siebie wpadliśmy czy to na Ergo Arenie czy też podczas aftera. Bawiłem się świetnie i mimo tego, że trochę ponarzekałem w niniejszym tekście, to nie mogę się doczekać kolejnej edycji. Do zo za rok a poniżej jakieś materiały video. Być może ostatnie w tej formie.




piątek, 28 września 2012

poniedziałek, 24 września 2012

Takie tam z basenu

Tak jak pisałem wczoraj ja nie mogę jeździć a chłopaki ogarniają poola. Krzysiek nagrał jakiś krótki filmik pokazujący jak to wygląda. Nie traktujcie tego jako kolejnego filmu rbc i nie pytajcie mnie dlaczego materiał nagrywany sprzętem za jakieś 3 kafle ma format 4:3 i 420p. Ot taka poboczna ciekawostka pokazująca, że coś się czasem dzieje w tym Rembertowie.



a tutaj mały bonus na którym możecie podziwiać taneczne talenty Krzyśka i jego kolegów (a także jakiś fragment nieistniejących już Witkowych dirtów o ile mnie oczy nie mylą - świeczka dla hopek => [*]).

EDIT: tym wpisem pobiłem rekord z 2008 roku (pierwszy ze stroną w obecnej formie). 23 wpisy a mamy dopiero wrzesień! Wiadomo, że połowa z nich średnio ma jakiś związek z rbc ale przynajmniej coś się dzieje.

niedziela, 23 września 2012

Basen - nowy (stary) RBC spot?


 Młody narybek postanowił reaktywować bank na nieczynnym odkrytym basenie który mam jakieś 100 metrów od domu. Już kiedyś trochę się tam jeździło, ale wciąż przybywające potłuczone butelki, często zalegająca woda i gromadząca się tam żulernia na jakiś czas skutecznie udupiły ten spot. Jak będzie tym razem? Ja na razie i tak nie mogę jeździć, ale kibicuję chłopakom aby na dobre ogarnęli to miejsce.

piątek, 7 września 2012

Bmx Podcast Video#4 (Master Musztarda Jam vol. 8)

Krótko: po pewnej obsuwie wracamy z video-odcinkami. Tym razem na tapetę poszedł jedyny flatlandowy jam w Polsce, czyli Musztarda.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

...I po Musztardzie

Master Musztarda Jam numer 8 przeszedł do historii. Jak zawsze było super ale takiego niedosytu po powrocie nie czułem chyba od czasów pierwszej edycji o której może za jakiś czas napiszę trochę więcej (już rok temu zbierałem się na taki przegląd po wszystkich kolejnych Musztardach, ale jakoś nigdy nie ukończyłem tego tekstu - może tym razem się uda?). W tym roku wypaliło niemal wszystko włącznie z pogodą a ta jak wiemy bywa bardzo kapryśna podczas toruńskich jamów. Nowa miejscówka (Teatr Baj Pomorski w Toruniu - ze względu na charakterystyczną ścianę frontową znany też jako "szafa") zapewniła świetny klimat a także wyciągnęła Musztardę nieco do ludzi - do starówki jest stamtąd raptem kilkaset metrów więc mniej i bardziej przypadkowych gapiów nie brakowało. Przyznam, że podchodziłem do tego pomysłu z pewną dozą sceptycyzmu nieco obawiając się utraty pierwotnego charakteru imprezy, przybliżenia jej do zawodo-pokazów jakie zwykli organizować producenci energy drinków, modnych elektronicznych gadżetów i innego stuffu, lokując jamy w centrum miasta i celując w tłumy przewijające się gdzieś z boku a nie w samych uczestników. Ile razy to już przerabialiśmy: kiepska nawierzchnia, mało miejsca, przeszkody ustawiane bez ładu i składu albo na pochyłym terenie (jak kiedyś mini rampa na warszawskiej Agrykoli). Tym razem jedynie mogę się przyczepić o to, że było trochę ciasno. Na same przejazdy miejsca było wystarczająco ale gdy w jednym momencie pojawiało się więcej niż 2-3 osoby, trzeba było już bardzo uważać aby na kogoś nie wpaść. Nie było też gdzie pojeździć pomiędzy przejazdami, ale wszystko to nadrabiała świetna atmosfera. Tą tworzą ludzie a tych w tym roku nie zabrakło. Na poprzedniej edycji frekwencja nie była rewelacyjna. Wiele osób zrezygnowało z powodu pogody i chociaż chłopakom przy użyciu palnika i namiotu udało się ostatecznie ujarzmić żywioł, to startujących była tylko garstka. Tym razem przyjechało sporo osób z całej Polski i nie tylko. Poza stałym "zagranicznym" gościem z Chin, czyli Maksem przyjechała też dwuosobowa reprezentacja ze Słowacji. Richard i Janeskom może wyglądali niepozornie, ale zaprezentowali bardzo stylową (i dość oryginalną, szczególnie patrząc na to z perspektywy naszego kraju) jazdę która dała im odpowiednio 2 i 4 miejsce. Do finału awansowali też Malina i Julek (5 i 6 miejsce) oraz Krasztest którego chyba trochę zjadły nerwy i po czyściutkim drugim przejeździe eliminacyjnym zaliczył trochę podpórek co dało mu ostatecznie trzecie miejsce. Wygrał Maksymilian który swoimi szybkimi kręciołami chciał się chyba przewiercić z powrotem do Chin*. Dla wszystkich nie-płaskich zorganizowany został bunnyhop contest, który wygrał Sęp, bijąc przy tym swoją życiówkę. 105 cm na rowerze z ramą poniżej 20" cali to całkiem imponujący wynik. Wszystko szło na tyle sprawnie, że po jamie zdążyliśmy jeszcze skoczyć na toruński skatepark. Jankes trochę narzekał, ale ja chciałbym tak "kiepsko rozplanowany" skatepark w Warszawie. Brakowało jedynie grindboxów ale poza tym bardzo mi się podobało (włącznie z bowlem do którego się oczywiście nie odważyłem wjechać, ale chłopaki wywijali po nim aż miło). Na afterze (który po roku absencji wrócił do NRD co mnie bardzo ucieszyło) oczywiście rozdanie nagród, wystawa prac graficznych o tematyce około-bmxowej, nowy film Krasztesta (przyznam, że nie widziałem go od początku ale to co obejrzałem jak zwykle bardzo mi się podobało) i oczywiście zabawa do białego rana. Dosłownie bo wychodząc z klubu chłopaki o mnie zapomnieli i musieli się wracać przez co u Amika byliśmy ok. 8. W niedzielę mieliśmy jeszcze zahaczyć o Parasiową działkę w Szczekarzewie, ale niestety nie dalibyśmy rady wrócić do Warszawy przed poniedziałkiem więc tę wizytę trzeba odłożyć na inną okazję. Podsumowując wyjazd jak najbardziej udany. Podziękowania dla Łowki i wszystkich tych którzy pomogli przy organizacji imprezy, Amika i jego mamy za wspaniałą gościnę (jak co roku!) i wszystkich tych którzy przyjechali na jedyne flatlandowe zawody w Polsce. Spodziewajcie się też video-relacji od bmx podcast, a na razie śledźcie flatland.pl gdzie już macie całe przejazdy finałowej szóstki a z czasem mają pojawić się też jakieś fotki.

* - wiem, że gdyby mu się udało to wylądowałby w oceanie, trochę na wchód od Nowej Zelandii, ale nie chciałem odbierać mu nadziei.

piątek, 27 lipca 2012

Bmx Podcast Video #3 (Proletaryat Jam 7)

Jakoś mi to umknęło i dając wszędzie info nie wstawiłem go tutaj (jakby ktokolwiek czytał tego bloga hehe).

wtorek, 24 lipca 2012

MASTER MUSZTARDA JAM VOL 8 (Toruń, 11.08.2012)

Łowka właśnie utworzył wydarzenie na facebooku. Tam też będą pojawiać się wszystkie newsy co i jak (bo gdzie i kiedy już wiadomo). Impreza niby flatowa, ale każdy kto był wie, że nie trzeba być pocierusem aby się świetnie bawić na (a także po) jamie.

http://www.facebook.com/events/365810540159360/

Na zachętę/przypomnienie video sprzed roku:
Master Musztarda Jam 7 from koczkodan on Vimeo.

wtorek, 17 lipca 2012

PRL Jam vol. 7

Tak, impreza była ponad tydzień temu a piszę o niej dopiero teraz... Nieważne. Mogłem już nie pisać o niej w ogóle, ale myślę, że jednak warto poświęcić jej parę słów. Pierwsze o czym trzeba wspomnieć to nieludzki wręcz upał jaki panował tydzień temu w Bydgoszczy. Ze wszystkich lało się strumieniami, a mimo to poleciało trochę niezłych kos. Cała impreza została rozegrana w formie kilku jamów. Na początek bardziej w formie rozgrzewki jam na różnych elementach sekcji streetowej gdzie można było od razu wygrać jakieś fanty. Następnie przyszedł czas na longest 180 z kickera na płaskie. Wygrał Benek (ok. 5m) ale tylko dlatego, że Leszczu oficjalnie nie startował (co nie przeszkodziło mu wylądować dobre pół metra dalej). Na jumpboxie niestety nie zobaczyliśmy Rosołowego bike-flipa (why?) ale i tak było grubo. Oskier tradycyjnie zaserwował nam decadę i double bary, Michu przywalił czyściutkiego fronta, Skejcik pokazał swoje standardówki z ładnie wyciągniętym superman whipem na czele, a Leszczu wykręcił takie triki jak 720 czy backflip turndown. Wygrał Mamba superman seatgrabem. Nie obeszło się też bez upadków. Najgorszy zaliczył chyba Dymek nie dokręcając fronta i lądując na dupę. Na szczęście skończyło się na chwili strachu kiedy na moment stracił czucie w nogach, ale ostatecznie był wstanie kontynuować zawody. W bunny hop contest tyczkę na wysokości 105 cm przeskoczyło trzech riderów: Benek, Lewar i Tytus. Ponieważ żadnemu z nich nie udało się przeskoczyć 110 cm postanowili podzielić się nagrodą. Następną konkurencją w kolejności był flatland. Jak wiadomo w naszym pięknym kraju zawody flatlandowe odbywają się rzadko. Właściwie jedyną imprezą tego typu jest musztarda + okazjonalnie jakiś mniejszy jamik przy okazji takich imprez jak ta proletaryatu. Jeżeli chodzi o frekwencję nie było źle, chociaż na pewno zabrakło kilku znajomych twarzy (np. Krasztesta, czy Maksa który nie zdążył na samolot w Chinach). Pojawił się za to Michu (ten toruński), który wrócił z UK i... wygrał. Jak się okazało były to jego pierwsze wygrane zawody. Trochę mnie to dziwi ale tak czy inaczej fajnie, że się wreszcie doczekał. Poza "alexisami" Micha mogliśmy zobaczyć trochę ciekawych kombinacji z plastic manem czy crackpackerem Koko (szkoda, że tradycyjnie kręcone do takiego momentu, kiedy już nie idzie tego czysto skleić), trochę obrotówek od Amika, streeto-flaty Sępa (jego wachlarz czysto flatowych trików wyraźnie się zwiększył od zeszłorocznej musztardy) czy też Kostka i jego trącące nieco starą szkołą pinki oraz side squeaki. Jakby na to nie patrzeć style prezentowane przez startujących były całkiem zróżnicowane. Po flatlandzie przenieśliśmy się na sekcję streetową. Tam też poleciało kilka fajnych akcji. Oczywiście największą kosę sieknął Lewar: 360 nad railem to over icepick. Brakeless. I nieważne, że nie było to do końca zamierzone. Sztuczka jest sztuczką a Lewar pozostanie tym który skleił ją w Polsce po raz pierwszy. Na deser została mini rampa. Każdy kto widział bydgoską mini wie, że ma ona zadatki na mini-bowla co w swoim przejeździe idealnie wykorzystał Oskier bujając się po całej jej szerokości. Z ciekawszych sztuczek jakie zrobił warto na pewno wspomnieć whip do footjam whipa do footjama, obskoczone z machniętym jakby od niechcenia can-canem. Mamba po raz kolejny pokazał superman seatgraba, tym razem nad spinem. Michu latał bardzo wysoko, równie wysoko zostawiając ślady po walltapach. Niestety mimo kilku prób nie udało mu się skleić decady przez spine. Zombik wykręcił czystego double whipa, był też bliski sklejenia double bara do tapa. Jura podwójnego bara zrobił z tym, że do disastera. Pojedyncze śmigło do disastera zwieńczył natomiast 360-tką w profil. Wygrał Skejcik. Nie tylko zrobił ninja dropa z walla, ale chwilę po nim czysto skleił flarę z barem. Są tacy którzy mówią, że Skejcik robi cały czas te same triki. Ja jednak jestem dalej w szoku widząc jego skuteczność. To po prostu robot, który potrafi sieknąć 3-4 mega kosy jedną po drugiej, tak jakby każdy sklejony trik dodawał mu powera na kolejne. Podobnie zresztą jak Leszczu, ale on akurat sobie mini odpuścił. Po zawodach odbyła się jeszcze loteria z nagrodami dla wszystkich uczestników. Tak, pomimo tego że nie startowałem byłem uczestnikiem i tak, jak zwykle niczego nie wygrałem. O afterze mogę napisać tyle, że był sympatyczny chociaż większość czasu spędziliśmy pod klubem. W środku nie działo się zbyt wiele. Jedyną atrakcją był film przysłany z Irlandii przez Szoguna: "Raincheck". Filmu nie widziałem więc nie będę się wypowiadał, ale opierając się na opiniach innych osób można stwierdzić, że jedynie part naszego rodaka był w miarę interesujący (choć akcje wyglądały na nagrywane sporo czasu temu i pewnie stać go na więcej). Zdaje się, że faktycznie w porównaniu z Irlandią polska scena bmx nie ma się czego wstydzić. Po jamie wróciliśmy na wpół żywi do Warszawy a team proletaryatu (wraz z Lewarem i Zombikiem, którzy wywalczyli sobie udział w tym wyjeździe świetną jazdą na zawodach) wyruszył w trip po Europie. Zazdroszczę im chociażby wizyty w Marsylii na słynnym bowl-parku i domyślam się, że nie ja jedyny... Jeśli ktoś chce zobaczyć jak chłopaki sobie radzą to może sprawdzić na facebookowym profilu proletaryatu. Podsumowując wyjazd mimo morderczego upału bardzo udany. Podziękowania dla Cukra który nas przekimał i dla wszystkich którzy pomogli przy organizacji tej sympatycznej imprezy. Poniżej trailer szykującej się relacji.

wtorek, 3 lipca 2012

Bmx Podcast Video #2 (Mistrzostwa Polski Białystok 2012)

Nie będę się rozpisywał. Drugi odcinek wypłynął na szerokie wody internetu. Tym razem trochę więcej jazdy niż ostatnio, ale nie zabrakło też rozmów z uczestnikami tego zamieszania. Technicznie chyba lepiej niż za pierwszym razem, ale to już zostawię do oceny innych. Trochę żałuję, że ujęcia z parku są tak monotonne, ale niestety mieliśmy tylko jedną kamerę. Poza tym chociaż białostocki skatepark daje duże możliwości jeśli chodzi o planowanie przejazdów i ich płynność, to jest jednak dość mały. Dlatego wygodniej (i dla mnie i dla startujących) było jak rozstawiłem się na górze.



...no ok, jestem leniwy i zwyczajnie nie chciało mi się biegać po parku.