czwartek, 7 marca 2013

bmx podcast website

Bmx podcast przenosi się na swoje. Na stronie wszystko to co pod podcastowym szyldem się ukazało i uwaga: dział na przemyślenia! Tak jest, możecie poczytać co dręczy Patisona, Matiza, Witka, Cyryla a także mnie kiedy uznam, że coś jest za słabe aby trafiło na bloga, a jednak szkoda mi będzie skasować.

bmxpodcast.pl
bmxpodcast.pl
bmxpodcast.pl 

czwartek, 17 stycznia 2013

EC4 speszjal

Video miało swoją premierę (jak to dumnie brzmi) na yeahbunnej imprezie 2. Nie do końca mi się podoba, ale podziękujcie patisonowi który jak zwykle nie wywiązał się ze swoich zadań i dlatego musiałem na ostatnią chwilę składać Łódź zamiast innego projektu za który już pewnie się nie wezmę. Ma to oczywiście też dobre strony bo chłopaki się przez lata nakopali a Witek ładnie o wszystkim opowiedział, więc szkoda by było gdyby materiał trafił do szuflady. Przepraszam za problemy z dźwiękiem ale tak to jest jak się biega z mikrofonem owiniętym kablem.

In money we trust

Wydarzenia dnia wczorajszego wywołały niezłą burzę. Zaczęło się dość niewinnie na blogu bunny hopa kiedy ktoś w jednym z komentarzy wstawił link www.manyfestbmx.com. Co ciekawe po kliknięciu w odnośnik następowało automatyczne przekierowanie na stronę avebmx. Nie trzeba było długo czekać aby afera przeniosła się na facebooka, gdzie po pewnym czasie powstało nawet wydarzenie zachęcające do wstawiania wirtualnych zniczy na profilu ave a także fanpage "kto ma zajawę nie kupuje w ave". Warto zwrócić uwagę na fakt, że nie była to pierwsza tego typu zagrywka ze strony warszawskiego sklepu. Już ze 2 lata temu przypadkowo wpisując adres danscompa zamiast końcówki .com wstukałem .pl i trafiłem na główną stronę ave. Początkowo myślałem, że to autentycznie jakieś kolabo ale szybko okazało się, że nic z tych rzeczy. Sprawa ucichła (o ile w ogóle stała się głośna) bo wydawała się dość groteskowa: gdzie nawet największemu polskiemu sklepowi do dansa? Myślę, że większość osób podobnie tak jak ja skwitowała to po prostu uśmiechem politowania. Zwłaszcza, że nawet jeżeli ktoś miał tutaj ucierpieć to tylko jakiś moloch zza oceanu. Może i nie jest to najlepsza cecha ludzka ale tak to już bywa, że kiedy problem jest gdzieś daleko to go lekceważymy. Dzięki tej znieczulicy tworzone są podwaliny pod takie akcje jak ta z manyfestem. Zresztą nie tylko o ten sklep poszło, bo podobnie przez krótki czas funkcjonował adres www.proletaryatbmx.com. Czyżby ave wystraszyło się jednak tak dużego gracza jak prl i szybko odpuściło? To akurat nie ma znaczenia. Zwłaszcza, że dzień dzisiejszy przyniósł nam przeprosiny ze strony sklepu. Wszyscy są zadowoleni, sytuacja wróciła do normy a kto dalej drąży temat, według najbardziej zagorzałych fanów ave jest "hejterem" i "gimbusem" (ciekawe zważywszy na to, że piszą to osoby o dekadę ode mnie młodsze). Tylko czy aby na pewno wszystko jest ok? Przede wszystkim zastanówmy się czym tak naprawdę była ta afera z domenami. Czy był to jednorazowy wybryk czy może kropla która przelała czarę goryczy? Popytajcie starszych kolegów, zwłaszcza z Warszawy a usłyszycie z pewnością więcej ciekawych historyjek. Internet ma jednak to do siebie, że do każdego movementu (że tak z angielszczyzną wyjadę) przyczepią się zawsze trolle oraz ludzie-chorągiewki, którzy zmieniają swoje poglądy w zależności od tego co akurat jest na topie. Idealnie przedstawia to przy okazji bezsens demokracji, ale nie o to chodzi w tym tekście. Ta ostatnia grupa jest z jednej strony błogosławieństwem dla wszystkich którzy szukają poparcia, które to jest niezbędne aby forsować swoje opinie lub do nagłośnienia jakiejś sprawy. Często staje się jednak przekleństwem czego obraz mieliśmy wczoraj. Akcja z wklejaniem wirtualnych zniczy miała niby pokazać właścicielowi sklepu, że nie wszyscy akceptują tego typu zagrywki marketingowe. Dla wielu osób była to jednak tylko kolejna zabawa w bezsensowny spam. Okazja do napisania "jebać ave" a z czasem jakieś personalne jazdy na Jankesa, czyli krótko mówiąc prywata klamy. To trochę jak z onetowskimi komentarzami, gdzie nawet pod relacją z mistrzostw powiatu w bierki jest 100% pewność, że dojdzie do kłótni między zwolennikami pisu i po. Nie staję tutaj po żadnej ze stron. Po prostu to nie czas i miejsce bo temat zaczyna się rozmywać i jak czytam komentarze po tej dogorywającej akcji to nie pozostaje mi nic innego jak złapać się za głowę. Jeden pisze, że trzeba wpaść do sklepu w 900 osób i go obrabować inny z kolei, że ave jest spoko bo dostał koszulkę i naklejki. Od czasu do czasu trafi się też jakiś domorosły ekonomista tłumaczący, że przecież sklep musi z czegoś wyżyć, że przecież tyle robią dla rozwoju polskiej sceny itp. Wiadomo, że pieniądz jest ważną częścią naszego życia ale zdobywanie go w sposób niezgodny ze wszelkimi normami społecznymi prowadzi tylko do zniszczenia sceny. Może dla niektórych to banał bo nie wiedzą jak ciężko jest stworzyć coś samemu. Coś trwałego co potrafi wytrzymać latami. Ciekawe, że spore znaczenie w kontekście "wspierania sceny" mają dla was edity nagrywane przez wasz ukochany sklep. Nie czepiam się samych filmów bo technicznie to kawał dobrej roboty i nie dziwi mnie nagroda dla Usza którą dostał na ostatnim yeahbunnym. Tym bardziej nie mam pretensji do chłopaków którzy tam jeżdżą bo robią to najlepiej jak mogą. Klimat filmów mi co prawda nie leży ale to też nie problem, bo zatrzymałem się w trochę innych czasach i po prostu nie jestem ich targetem. Bawi mnie jednak przypisywanie tym filmom jakiejś olbrzymiej wartości dla rozwoju polskiego bmxa. To już nie są czasy produkcji takich jak SPUD, Viribus Unitis czy Depo które były naprawdę jakimś wyznacznikiem, medium które pchało do przodu całą scenę. Dzisiaj, w dobie wszechobecnego internetu, vimeo i youtuba nawet ciężko byłoby o takie epokowe pozycje. Tak samo zeszłoroczny Baltic Games który oceniam naprawdę pozytywnie nie będzie takim kamieniem milowym jak Red Bull Busters w 2004. Dlatego proszę, nie mówcie mi jakie to filmy od ave są ważne. Bo nie są. To tak naprawdę reklama i nagrywanie tych editów jest im na rękę. Nie twierdzę, że to złe, ale nie widzę też w tym niczego nadzwyczajnego. Kolejnym argumentem przytaczanym przez obrońców sklepu często są imprezy. Pisałem to już gdzieś ale się powtórzę: frekwencja nie jest jedynym wyznacznikiem tego czy dana impreza jest dobra czy nie. Ponownie przytoczę też przykład bmx day i Mistrzostw Polski w Białymstoku. Pierwsza impreza odbyła się z wielką pompą, sponsoring g-shocka itp. Druga znacznie bardziej kameralna, gdzieś na końcu świata. A jednak to w Białym mieliśmy to co powinno być najważniejsze: klimat. Bez żadnych ciśnień, całość rozłożona na dwa dni, żeby nie trzeba się było spieszyć. Do tego kapelki na świeżym powietrzu, meczyk na telebimie, piwo, grill który przeciągnął się w after a wszystko to na miejscu, w przyjaznej atmosferze i bez patrzenia na zegarek. Same zawody były na dobrą sprawę tłem. Oczywiście ave jeździ też po Polsce i organizuje różne mini-eventy. Szkoda, że w dużej mierze jest to zwykły hype dla dzieciarni. Niby forma zawodów a wygrywa ten w którym widzą potencjalnego klienta ("bo jest młody i się stara"). Kulminacją za to jest rzucenie w tłum naklejek o które dzieciaki się omal nie pozabijają. Serio o to chodzi w tym całym bmxie? Nie twierdzę oczywiście, że wszystko co robi ave jest złe. Pod względem zaopatrzenia i obsługi trudno im cokolwiek zarzucić, team też mają dobry. Nawet te ave-krówki czy durne reklamówki ze św. Mikołajem nie są problemem. Do mnie to nie trafia ale rozumiem, że koniec końców na tym zarabiają więc ok. To samo z rezerwowaniem wszelkich możliwych domen z "avebmx" w nazwie. Kogoś może śmieszyć ta ekspansja terytorialna .cz, .eu, .com. itp. ale co wam to na dobrą sprawę przeszkadza? Prawdziwym problemem są brudne zagrywki i wmawianie przy tym, że "to wszystko dla dobra sceny". Monopol do którego dążą też będzie dobry dla sceny? Ekonomista ze mnie może i marny, ale trudno mi wyobrazić sobie monopolistę który byłby dobry dla czegoś więcej niż dla samego siebie. Wracając do wczorajszej afery to nie pierwszy taki wybryk. Tyle, że tym razem było to tak bezczelne i chamskie, że przełamano w końcu pewne tabu. Część osób nie chciała tego mówić głośno, a część z pewnych powodów nie za bardzo mogła o co trudno je winić. Tym razem jednak coś pękło i nie zmienią tego te niby przeprosiny (które dobrze ktoś na facebooku podsumował parafrazą pewnego dowcipu "stało się to się stało, na chuj drążyć temat?"). Tak jak pisałem wcześniej wiele osób nie rozumie (albo nie chce rozumieć) o co tak naprawdę poszło. Stąd też ten tekst. Niepotrzebne moim zdaniem było tworzenie strony na fb "kto ma zajawę nie kupuje w ave". Teraz matoły się kłócą o to kto jest bardziej "zajawkowy" i licytują się kto więcej rzeczy kupił w ave czy czego tam jeszcze nie robił bez uszczerbku na swoim zaangażowaniu w jazdę (czekam aż ktoś napisze, że stracił tam cnotę). Nie w tym rzecz. Chodzi o pewne zasady, których zwyczajnie się nie łamie. Czasem po prostu warto być człowiekiem a nie tylko korporacyjną maszynką do generowania zysków bo daleko się w ten sposób nie zajedzie. Może pan "głowa do interesów" się tym nie przejmuje bo jak minie moda to spakuje manatki i weźmie się za jakąś inną branżę. Duża część obecnych kolorowych ave-dzieciaków nie będzie już wtedy "in bmx we trust" a ci z was którzy zostaną przejrzą w końcu na oczy. Zobaczycie, że to co nazywacie "wspieraniem sceny" to tak naprawdę wspieranie mody i własnego portfela. Jakby na to nie patrzeć wszyscy jedziemy na tym samym wózku i nie da się wiecznie spłycać tematu jedynie do darmowych stickersów i odmalowania walącego się skateparku.

niedziela, 18 listopada 2012

Bmx freestyle awards a sprawa płaska

Wczoraj odbyła się trzecia edycja bmx freestyle awards. Takie bmxowe Oskary. Najpierw internauci głosują na swoje typy a potem z wyłonionych pierwszych piątek sędziowie wybierają tego najlepszego. Zadanie to jest oczywiście trudne bo bmx to nie podnoszenie ciężarów ani bieg na 100 m gdzie wyłonienie zwycięzcy ogranicza się do odczytania uzyskanego rezultatu. Czy jest w ogóle możliwe w niektórych przypadkach określenie jaki styl jazdy jest lepszy? Pomińmy to jednak, tłumy na gali (a także ilość oddanych w necie głosów) pokazują, że jest na to jakieś społeczne zapotrzebowanie. Trochę nieszczęsna pozostaje jednak formuła głosowania. Najlepiej to widać w kategorii young blood, gdzie zwycięzca wg publiczności, uzyskał jakieś półtora tysiąca głosów. Dla porównania we flacie Łowka chyba jako jedyny przekroczył setkę a połowa startujących pewnie nawet nie miała pojęcia o samym konkursie (Malina np. dowiedział się na miejscu). Inaczej mówiąc był to raczej konkurs popularności. Jak w amerykańskich serialach o nastolatkach z high school. I nie zgodzę się przy tym z Jamajem który narzekał, że polski flat jest w tak słabej kondycji, że wśród piątki nominowanych znalazł się Patison, który nawet nie jeździ flatu. Słabą kondycją wykazali się sędziowie którzy sami zgłaszali część kandydatur a resztę dodawali na życzenie głosujących. Skoro na pierwotnej liście znalazł się Patison a nie było na niej ani Micha ani Maksymiliana to sorry, ale jak mam traktować to poważnie? Tu nawet nie chodzi o znajomość tematu ale zwykły brak chęci. W tym roku odbyły się aż dwie flatowe imprezy. Wystarczyło zerknąć na ich wyniki. Oczywiście flat jest nieco undergroundowy a raczej powiedziałbym cechuje się takim zdrowym podejściem, gdzie wciąż najbardziej liczy się zwykły fun. Łowka wygrał bo to było wiadome od początku. Obiektywnie patrząc tak czy inaczej zasłużył, dostał też najwięcej głosów. Ale tak jak rok temu oddał statuetkę Kraszowi tak tym razem odbierając powiedział, że przekaże ją Michowi bo ten powinien po tylu latach zostać jakoś doceniony. Podejrzewam, że wiele osób widziało jego jazdę po raz pierwszy właśnie na gali, na tej kilkudziesięcio-sekundowej prezentacji. Z drugiej strony czy flat potrzebuje akurat takiej formy promocji? Co to właściwie zmienia? Prestiż samej statuetki też jest raczej "taki sobie" skoro kategoria flat na awardsach nie miała nawet sponsora...

wtorek, 6 listopada 2012

Kamu

Plan był taki aby wreszcie coś ponagrywać. Jak to bywa z planami niezbyt wypalił, więc od razu wrzucam nasze dzisiejsze wypociny z kamuflage'u bo i tak do żadnego sensownego editu się nie nadają a dawno nic nowego nie dawałem.

kamu from koczkodan on Vimeo.

niedziela, 4 listopada 2012

Ile ma mieć cali bmx?


"Ekipa złożona z osób jeżdżących zbyt dziwnie, żeby trafić gdzie indziej i zbyt długo, żeby nie być w żadnej ekipie."

Wkrótce więcej a na razie dwa krótkie filmiki od Witka a także wyjaśnienie genezy tej nieco dziwnej nazwy teamu.

http://www.facebook.com/IleMaMiecCaliBmx

sobota, 27 października 2012

Punk-rock jest czarny, czyli muzyczne wspominki #1

Tak jak kiedyś pisałem ta strona, RBC, to nie tylko rower ale wszystko co go mniej lub bardziej dotyczy. Wszystko co mniej lub bardziej dotyczy mnie samego. W tym muzyka. Idzie zima, jazdy będzie coraz mniej, więc postanowiłem trochę poprzynudzać o płytkach które w jakimś tam stopniu na mnie wpłynęły. Na pierwszy ogień pójdzie "Rock For Light" Bad Brains. Album z 1983 roku, czyli starszy ode mnie o 4 lata a usłyszałem go po raz pierwszy mając lat... 15? Może 16? Nieważne. Kaseta (bardzo popularny wtedy nośnik) wpadła mi w ręce dosyć przypadkowo. Bad Brains poznałem za pośrednictwem internetu. Jakieś strony gdzie ludzie umieszczali muzykę, ściągało się do tego specjalnego klienta i pobierało z prędkością od 2 do 4,5 Kb/s pojedyncze kawałki. Wpisując nazwy które gdzieś tam od kogoś usłyszałem/przeczytałem w necie poznałem takie wynalazki jak Minor Threat, Exploited, Circle Jerks, Dead Kennedys, Black Flag czy właśnie Bad Brains. Pierwszy kawałek kapeli z DC jaki usłyszałem to "Pay to Cum" i to był szok - od razu wiedziałem, że chcę więcej. Jako ciekawostkę dodam, że słuchałem tych kilku ściągniętych kawałków chyba z rok zanim dowiedziałem się, że goście są czarni - szok po raz drugi. Wersja "Pay to Cum" na którą trafiłem pochodziła z płytki "Black Dots" zawierającej nagrania z sesji przed ich oficjalnym debiutem i była o niebo lepsza od tej którą na owym debiucie można było usłyszeć. Podobnie było z resztą kawałków bo niestety album "Bad Brains" z 1982 roku miał fatalne brzmienie (tak jakby ktoś nagrywał go zza ściany). Zanim jednak usłyszałem "Black Dots" w całości, trafiłem na allegro na "Rock For Light" za jakieś śmieszne pieniądze. Kupiłem. Kaseta była wydana na początku lat '90 przez jedną z tych polskich firm które miały w dupie prawa autorskie ale, że polskie ustawodawstwo nie znało wtedy takiego pojęcia, wydawnictwa były sprzedawane normalnie w sklepach. Oczywiście ja kupiłem ją o wiele później "z drugiej ręki" nawet nie wiedząc, że płacę za "oryginalnego pirata", ale mniejsza z tym. 20 kawałków (część znana z debiutu), w tym 16 z nich to szybki hardcore-punk, 3 to reggae w starym, dobrym stylu i jeden instrumentalny dubik na koniec. I nie ma co pisać które lepsze, które gorsze - tu nie ma słabych numerów! To co najbardziej lubię w tej płycie to brzmienie. Kurewsko czyste, raczej niespotykane na punkowych płytach z tamtych czasów. Jakbym miał je do czegoś porównać to z polskich płytek może pierwszy Post Regiment? Tyle, że ten ukazał się 9 lat później. Takie a nie inne brzmienie płyty pozwala usłyszeć, że chłopaki naprawdę potrafili grać. Solówki może niezbyt wymyślne ale tak charakterystyczne, że chyba bardziej się nie da. Sekcja rytmiczna chodzi jak w zegarku. No i wokal. Najbardziej kontrowersyjna sprawa. H.R.'a albo się kocha albo nienawidzi. Jednak kiedy słucha się płytki i po krótkim, wściekłym "Joshua's Song" gdzie wokal drze się jak opętany przychodzi reggaeowy, delikatnie zaśpiewany "I and I Survive" (mój ulubiony kawałek Bad Brains w tej stylistyce tak BTW) to szczęka opada na podłogę. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wersja z owej kasety to reedycja z 1991 roku. Jak to bywa w przypadku reedycji są dodatkowe kawałki (trzy nawiasem mówiąc), inna kolejność utworów ale to nie wszystko. Nie wiem po kiego wała, ale przy okazji postanowiono płytkę przyspieszyć. Przyznam się bez bicia, że dowiedziałem się o tym niedawno i po zapoznaniu się z materiałem w oryginalnej wersji stwierdzam... że jest jeszcze lepszy! Nie są tak podbite wysokie tony, jest więcej basu, wokal brzmi bardziej naturalnie a reggaeowe kawałki mają lepszy mix. Na deser otwierający płytkę "Coptic Times" w wersji oryginalnej, nieprzyspieszonej.

poniedziałek, 22 października 2012

Królik i ec4, czyli jesienne jamowanie

Miałem wspomnieć w paru słowach o jamie z królika który odbył się przed tygodniem, ale jakoś w między czasie dowiedziałem się o imprezie na ec4 trails w Łodzi z której wróciłem wczoraj wieczorem, więc nie będę już tego rozbijał na dwa wpisy. Zachowajmy jednak chronologię i na pierwszy ogień weźmy jam w kamuflage skatepark. Tym samym na który narzekałem ostatnio jako "skateboards only". Jak widać właściciele poszli po rozum do głowy i przynajmniej na okres zimy postanowili wpuścić na salony także 20". Z tej okazji warszawski instytut bmx (czyt. Ząbi) oraz bunny hop zorganizowali całkiem sympatyczna imprezę z jeszcze sympatyczniejszymi nagrodami w postaci różnego rodzaju przetworów: ananasy, ogórki, pasztet i jakże by inaczej - dżem, znalazły się w ogromnym pudle do którego prl i allday także dorzucili jakieś fanty. Warto wspomnieć, że to drugi jam z królika. Poprzedni również miał miejsce w kamuflage skatepark, ale jeszcze tym starym, w Blue City. I był ostatnią imprezą jaka się tam odbyła przed jego zamknięciem. Tym razem okoliczności były bardziej sprzyjające bo jam zamiast coś kończyć, dał początek. Nie wiem jak to wyjdzie w praktyce bo tradycyjnie deskarze coś tam jęczą o niszczeniu przeszkód ale to standard. Zresztą zużycie przeszkód to coś normalnego niezależnie od tego czy jeździ się po nich na desce czy na rowerze. No chyba, że ktoś przyjeżdża tam tylko po to, aby pograć w skate'a na kawałku płaskiego podłoża (najlepiej tak, aby zablokować najazd na przeszkody)... W każdym razie już podczas pierwszej konkurencji, rozegranej na dwóch quarterkach (jeden z półką i płyciutkim sub boxem, drugi z wallem) Oskier i Zombik pokazali, że chociaż park jest mały to daje sporo możliwości. Swoje dorzucili też Wróbel i Maniek a potem zaczęła się sieka na sekcji streetowej. "Sieka" to dobre słowo, bo chaos był taki, że wszyscy wpadali tylko na siebie. Mimo to poleciało kilka kos, w tym te Krasztesta który tradycyjnie połączył street z flatem. Potem trochę się rozluźniło, większość dzieciaków rozjechała się do domów i można było normalnie pojeździć. Zawody przeniosły się na quarter i nawet Kuba dał się namówić do wzięcia w nich udziału. Na koniec jeszcze Wróbel postanowił zrobić taką oto akcyjkę i pomału można było się zbierać. Impreza jak najbardziej udana, sporo osób (pomimo tego, że jam został oficjalnie ogłoszony na ostatnią chwilę), przyjemny parczek, luźna atmosfera... Czego chcieć więcej?
Jeżeli druga edycja jamu z królika była słabo nagłośniona, to co powiedzieć o tej na ec4? Jasne, Witek coś nam wspominał już na Balticach, że jam, że w listopadzie... Tymczasem wypadło na drugą połowę października a info pojawiło się praktycznie tylko na fanpejdżu łódzkich trailsów i na bunny hopie (dzień przed imprezą). Ale czy to ważne? Ci co mieli się dowiedzieć i tak się dowiedzieli i chociaż w porównaniu z imprezą sprzed tygodnia frekwencja nie była oszałamiająca to nie ma co narzekać. W planach nie było żadnych contestów, zawodów, nagród. Po prostu zwykłe trailsowanie, jazda po pumptracku a na koniec ognicho. I git. Pogoda do biwakowania była świetna, jako że chłopaki wstrzelili się w chyba najcieplejszy październikowy weekend. Ze skakaniem było trochę ciężej bo hopy nie do końca wyschły ale Wróbel a także lokalsi z Witkiem i Bączkiem na czele latali aż miło. Od siebie dodam, że ogrom ec4 trails niemal zwalił mnie z nóg. Widziałem wcześniej zdjęcia, filmiki itp. ale wrażenia na żywo są jeszcze lepsze. Nie będę teraz opisywał co i jak bo Witek wam to wszystko przedstawi w poscastowym materiale który nakręciliśmy i który mam nadzieję, że wjedzie na serwery szybciej niż te poprzednie. Szkoda, że nie mieliśmy jakiegoś reflektora aby nagrać to co działo się w nocy. Szalona jazda po pumptracku w egipskich ciemnościach i wybuchający kanister z benzyną na nagraniach obecne są raczej tylko jako audio i chociaż ten ryk potępieńców na pewno robi wrażenie to nawet w najmniejszym stopniu nie oddaje szaleństwa tamtego wieczoru. W niedzielę jeszcze trochę ponagrywaliśmy, Wróbel rozwalił sobie kolano (mam nadzieję, że nic poważnego), Bączek cierpliwie wypełniał nasze polecenia latając cała trasę z milion razy abyśmy mogli jak najlepiej przedstawić ją na filmie... I to w zasadzie wszystko. Pozdro dla chłopaków za zbudowanie tak fantastycznego spotu własnymi rękami, dla Bączka za gościnę i pyszne śniadanie i dla wszystkich którzy się tam pojawili i stworzyli mega atmosferę.

piątek, 12 października 2012

Naklejki

Próbna partia i od razu w kolorach nie dla biedaków.

poniedziałek, 8 października 2012

Nic nie może przecież wiecznie trwać...



Powyższy filmik jest całkiem zabawnie zmontowany i potrafi poprawić humor. Problem w tym, że te opary absurdu sączące się z ekranu są jak najbardziej prawdziwe. Tak jest: sprytny zarządca skateparku wymyślił sobie że zaoszczędzi na takim banale jak magazyn w którym można upchnąć wszystkie swoje graty. Przecież pomiędzy przeszkodami jest wystarczająco miejsca aby ten cały stuff przezimować. Kiedyś czymś zupełnie dla mnie niezrozumiałym była sama konstrukcja rodzimych skateparków. Nawet gdzieś w czeluściach tego bloga możecie znaleźć zdjęcia takich potworków z przeszkodami do kolan, bankami pod kątem 45* czy też tzw. mini-veratmi (szerokość minirampy, kąty jak na vercie)... Pod tym względem sporo się zmieniło. I chociaż dalej można zaobserwować tendencje do stawiania małych skateparków w każdej dzielnicy czy małych miasteczkach, zamiast jednego większego, krytego, lepszego... To jednak jest lepiej niż było. Oczywiście przez te wszystkie śmieszne atesty obiekty te są niewspółmiernie drogie a kilka firm ma praktycznie monopol. Pomimo tego skateparki przestały wyglądać tak jakby były tworzone na złość jeżdżącym. "Chcieliście skatepark? No to macie a teraz płaczcie!" Dlatego bazowo te kilka krytych parków w Polsce nie prezentuje się aż tak źle. Oczywiście, taka jutrzenka nie jest zbyt dobrze rozplanowana jeżeli ktoś nie jest parkowcem i nie obraca się w lewo, ale ten problem wydaje się śmieszny kiedy popatrzymy na odpadającą sklejkę i odstające kątowniki. Nowy kamuflage skatepark w blue city jest mniejszy niż jego poprzednik, przeszkody są typowo pod dechę, zresztą rowerom i tak wstęp wzbroniony*. Słabo? To i tak nic, spójrzcie na cennik (20 zł/dzień w soboty i niedziele!). Do czego zmierzam: kiedy doczekaliśmy się miejsc w których da się jeździć/dałoby się jeździć przy regularnych remontach, pojawia się inny problem, którym jest umiejętne zarządzanie takim obiektem. Niestety, wkrada się wtedy typowo polska pazerność. Ponieważ krytych, całorocznych skateparków jest wciąż mało to po co się wysilać? Nie trzeba dodawać nowych przeszkód, nie trzeba naprawiać tych starych (do momentu aż ktoś sobie nie zrobi krzywdy, ale przecież nie zrobi, prawda?). Można też zatrudnić najdurniejszego ciecia na świecie aby tego burdelu pilnował (pozdro dla pana z Wrocławia, który pracował tam w okolicach 2007 roku o ile nie pracuje tam dalej). Klient może być traktowany jak gówno bo przecież nie pójdzie brodzić swym rowerem w śniegu po pas. W lato natomiast jak bumerang wraca tutaj temat streetu jako braku alternatywy w postaci skateparków. Oczywiście często są to takie wygodne tłumaczenia streetowców którzy nawet gdyby mieli najlepsze skateparki to i tak szlifowaliby poręcze i murki na mieście. Z drugiej strony faktycznie szkoda kasy (a często także zdrowia) aby jeździć na rozpadającej się jutrzence czy lawirować między krzesłami ogrodowymi i go-kartami na pedały w Myślęcinku. Za chwilę przyjdzie zima i nie będzie takiego wyboru a chciwi właściciele tych przybytków już zacierają ręce. Pytanie czy kiedyś się to zmieni? Nie, dopóki nie zmieni się nasza polska mentalność. Nastawienie na krótkotrwały szybki zysk i pozostawianie za sobą zgliszczy to droga donikąd. Wydymasz ludzi raz, dwa a co potem? Zarobisz tyle hajsu aby zacząć jakiś nowy intratny biznes polegający na przycinaniu "frajerów" ale wśród pewnej grupy będziesz już skończony. A jak powinie ci się noga to leżysz i nikt z tych wydymanych ci ręki nie poda. Co jednak zrobić gdy przykład idzie z góry?

*- tutaj akurat ma się coś tej zimy zmienić. Warszawski instytut bmx i bunny hop szykują też jakiś jamik na tę okazję. Ząbi pisał coś na fejsie o 13 października ale na razie brak jakiś konkretów, więc śledźcie powyższe stronki bo niebawem powinno się coś pojawić.